ARCHIWUM. SUOMEN ACTIVITY, CZYLI PATRIOTYZM LOKALNY PO FIŃSKU

Pracuję w ośrodku kultury od 18 lat. Mam nieodparte wrażenie, że organizując codzienną pracę dajemy się zapędzić w pułapkę poszukiwania  profesjonalizmu w amatorskim ruchu artystycznym. Często to, co obce wydaje nam się lepsze. Pytanie brzmi – czy tak jest rzeczywiście. O tych, którzy pracują na co dzień w naszych instytucjach często zapominamy, jak o najbliższych. Niech ta opowieść pozbawiona komentarza sprowokuje nas do myślenia czy wciąż nie żyjemy w zgodzie z przysłowiem:  „cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”.

Finlandia, kwiecień 2009. Znaleźliśmy się we dwóch w środkowej Finlandii. Już w rejsowym autobusie z Lahti do Korpilahti spotkały nas pierwsze przygody, ale o tym może kiedy indziej. Po kilku dniach spotkań ze studentami oraz kadrą akademicką liderka wymiany polsko-fińskiej – Annamaria zabrała nas  w podróż do oddalonego o ok. 300 km miasteczka na specjalny występ. Raahe – miejscowość nad zatoką skutą jeszcze lodem.  Urocza, dla mnie żywcem przeniesiona z „Przystanku Alaska”. Weszliśmy do recepcji i powiedziano nam, że koncert właśnie się rozpoczął. Nie możemy nawet wnieść bagaży – już jesteśmy spóźnieni. Niemal biegniemy do miejscowego teatru – spadku po Armii Zbawienia. Niewielka scena, kilkoro akordeonistów i pełna widzów sala. Akordeoniści to bohaterowie tego spotkania. Uczniowie w różnym wieku i ich nauczyciel dzielnie przegrali kilka piosenek, kiedy w naszych rękach znalazły się kartki z fińskimi tekstami do  dziwnie znajomych melodii. Okazało się, że to radzieccy „wybawiciele” zostawili nam kilka wspólnych linii melodycznych. Prześpiewaliśmy dzielnie repertuar i zająłem się obserwacją muzyków (też grywałem na akordeonie).
 
Nie rozumiałem kilku rzeczy: dlaczego niektóre utwory gra tylko część akordeonistów. Reszta nie udawała zgodnie z modą tzw. zespołów z playbacku, tylko zajmowała się tym na co miała ochotę. Akordeonistka oparta brodą o instrument obserwowała widownię, chłopczyk po prostu opuścił ręce, kolejny czyścił politurę akordeonu a jeden z mężczyzn wyglądał przez okno, za którym ze średnią częstotliwością 1x15min przelatywały mewy. Nie było w tym nic udawanego tylko ta prostota i szczerość Finów, która nas bardzo często zaskakiwała. Nic się nie działo, kolejne utwory grane były to w całym, to w niepełnym składzie. Brawa po każdym z utworów były rzęsiste a publiczność szczerze  zachwycona. Pomyślałem, że grający mniej, u nas po prostu zeszliby ze sceny.

Po godzinnym koncercie czasami przeplatanym piosenkami wokalisty żywcem wyrwanego ze „statku miłości” były kwiaty, gratulacje a niemal każdy przedstawiciel rodziny zakupił płytę tego zespołu. Widownia liczyła ok. stu osób, muzyków było dziewięcioro. Te sto osób podziwiało umiejętność gry na instrumencie, pasję i to, że nieliczni potrafią znaleźć czas i ochotę na wspólne muzykowanie. Na marginesie dodam tylko, że działo się to w kraju, w którym możliwości nauki gry na instrumentach oraz dostępność do nich jest zupełnie inna niż w naszym kraju. Poziom artystyczny w tym momencie nie miał znaczenia, to było bardzo ważne lokalne wydarzenie kulturalne. W rozmowach z mieszkańcami dowiedzieliśmy się, że są dumni, ponieważ to ich zespół , „nasza grupa z Raahe”.

Jak znaleźć sposób, żeby tak wychować odbiorców? Jak mocno zintegrowana jest ta społeczność lokalna?  Biuro Domu Kultury w tym zaimprowizowanym teatrze, to niewielkie pomieszczenie przesłonięte tkaniną. Widzieliśmy również cudownie nowoczesne szkoły i instytucje kultury, ale to co pozostało- funkcjonuje. Nie tylko estetyka i ustanowione normy, choć są bardzo ważne, lecz funkcjonalność i prostota – styl fiński. Może potrzeba nam świeżego spojrzenia na naszą pracę, rewitalizujmy nasze środowiska. Mówmy o tym coraz częściej – jeżeli coś potrafisz, jesteś niepowtarzalny, wyjątkowy, pokaż to a ktoś powinien to zauważyć i docenić. Czy robią to animatorzy kultury? Dyrektorzy instytucji? Sąsiedzi?

mario