PASJONACI CZY IDIOCI? GORZKO – KWAŚNA REFLEKSJA PEWNEJ MŁODEJ ANIMATORKI Z MIASTA STUTYSIĘCZNEGO

O pracy w tzw. „budżetówce” krążą mity. Najczęściej podszyte niechęcią do „urzędasów” co to zza biurka się nie wychylą, a do tego „trzynastka” i pełny ZUS. Nawet wczasy pod gruszą mają. Siedzą panie, nic nie robią a kasa leci i latka do emerytury też.

Pracownicy ośrodków/domów kultury to też ludzie jakby budżetówki, bo każda ich pensja i  premia idzie z pieniędzy podatników.

Inspiracją do niniejszego artykułu okazała się niewinna wyprawa na urodzinowe przyjęcie. W czasie tego przyjęcia rozwinęła się dyskusja poruszająca w skrócie takie kwestie:  Co tak naprawdę robią pracownicy domu kultury, skoro imprezy można policzyć na palcach jednej  ręki? Po torcie dyskusja rozwinęła się w pytanie: dlaczego w pobliskich ośrodkach (w tym także w moim) nie ma „nic fajnego”, a kiedy już jest to dlaczego nikt o tym nie wie? Po co  te całe sekcje i kółka i czy ktoś na to chodzi? A tak w ogóle po co są te całe domy kultury i czy aby przypadkiem nie istnieją one jedynie jako omszały i skostniały relikt poprzedniego ustroju? A w ogóle przecież są inne palące sfery życia publicznego, jak chociażby szkolnictwo czy służba zdrowia, więc może lepiej byłoby przesunąć środki  na cele bardziej pożyteczne?

Oczywiście można było teraz:
 a) przytoczyć uczestnikom dyskusji definicję kultury i jej rolę w dziejach ludzkości
 b) zadać sobie pytanie jaki reprezentują poziom intelektualny.

Nie zrobiłam tego jednak. Z widelczykiem w dłoni i wypiekami na twarzy postanowiłam walczyć!

Nie jest tajemnicą , że modne ostatnio słowo kryzys zagościło we wszystkich dziedzinach życia. W kulturze też. Ma ono całkiem realne kształty i namacalne skutki.
Praca w kulturze z pewnością wymaga od pracowników pasji. Nikt mi nie powie, że nieregularny czas pracy, praca w weekendy i święta, wieczorami i w  nocy jest cool. Względy finansowe też nie wchodzą w grę, bo płace mamy niskie i tak naprawdę już dawno „zamrożone”. Nadgodziny są do wybrania, nigdy do wypłacenia. Do tej pory jednak , było tak, że każda nowa impreza wiązała się z adrenaliną, dreszczykiem pozytywnych emocji i wielką radochą - jak pakowanie prezentów pod choinkę. Tworzyliśmy coś dla innych i frajdą było szukanie niszowych zespołów, koncerty najlepszych muzyków, promowanie twórczości - naszym zdaniem - wartościowej. Ogromnym polem do popisu były organizowane warsztaty plastyczne z udziałem zaproszonych gości, zakładanie nowych sekcji, inicjowanie kół zainteresowań dla osób starszych - aktywizacja (skuteczna!) społeczeństwa w różnym wieku.
Oczywiście zawsze był problem z pieniędzmi, rzadko starczało na wszystkie nasze pomysły i inicjatywy ale przynajmniej na etapie planowania, proponowana przez nas kultura była z rozmachem i przez duże K!

Tymczasem ktoś między śledziem a bigosem, pyta mnie o sens utrzymywania takich ośrodków i o to co się w nich dzieje i dlaczego tak mało. Zrobiłam się czerwona, ale nie z powodu rolmopsa, który utkwił mi w przełyku. Byłam wściekła. Nie bacząc na okazję wygarnęłam gościom to, co od dawna siedzi mi na wątrobie!

Mianowicie, nie obchodzi mnie jak nazwać stan rzeczy w jakim się znaleźliśmy - czy to kryzys, fatalny zbieg okoliczności czy znak czasów, fakty są takie, że drastyczne cięcia w finansach ciągnął za sobą ogromne konsekwencje. W ramach oszczędności na przykład łączy się etaty. Wkrótce dojdziemy do sytuacji w której pan - nazwijmy go Zenek - rano zamiata liście, w południe prowadzi kółko baletowe zręcznie wymykając się, by  udziergać berecik na kółku koronczarek, a wieczorem przykleja sobie wąsik i występuje na scenie. Zakresy obowiązków poszerzają się jak gumka z majtek.

A wymagania rosną. Wbrew powszechnie krążącej opinii nie pracują tam nieudacznicy i obiboki. Mnogość zadać i ich ogromna rozpiętość sprawia, że jesteśmy wielofunkcyjni. Trzeba bowiem być specjalistą w swej dziedzinie. Trzeba mieć przygotowanie pedagogiczne. Najlepiej lubić dzieci  i młodzież, być mega kreatywnym i cierpliwym - bo na zajęciach świetlicowych to się przyda, żeby zając się 40 osobową grupą .Wtedy następuje wielka mobilizacja i każdy , kto ma przygotowanie pedagogiczne „wskakuje na pokład”- czy to księgowa, plastyk czy organizator imprez. Nie ma dodatkowych środków żeby zatrudnić animatora, więc radzimy sobie sami. Towarzyszy nam nieustanna presja. Z jednej strony wymagania żeby kultura była „wysoka”, świeża, odkrywcza, z drugiej strony na nowe, nieznane zespoły przychodzi garstka ludzi. Jak mamy promować młodych twórców, kiedy nie mamy na to środków? Jak mamy serwować niszową, wysoką kulturę, kiedy najlepiej sprzedaje się  albo impreza typu krupniok z piwem, albo nazwiska tak popularne, że zwyczajnie nie stać nas na takich artystów.  

Dochodzimy do granic absurdu! Jak promować imprezę kiedy nie ma środków na druk plakatów, spot reklamowy, ogłoszenie w prasie? Kiedy muszę wziąć afisze drukowane na zwykłej atramentówce i własnym samochodem, z prywatnym paliwem rozwozić je gdzie się da?

 Strach zrobić coś nowego, bo zwyczajnie nie stać nas na ryzyko pustej sali. Promuje się więc to, co znane i o czym wiemy że się sprzeda, komercję i to co modne. Jak to się ma do misji ośrodków kultury? Większość zespołów na polskiej scenie zaczynała gdzieś tam w ośrodku kultury, często na końcu świata, w małej ciasnej klitce. Tam mieli dostęp do sceny, sprzętu nagłaśniającego, oświetlenia itp. Nikt nie rodzi się od razu wielkim, ukształtowanym twórcą, a anonimowe nazwiska nie przyciągają tłumów. To właśnie ośrodki kultury są  miejscem dojrzewania, pierwszej selekcji, pierwszych prezentacji przed publicznością. Tymczasem jakość tego, co serwujemy jest coraz bardziej rozcieńczona, jak mleko z kiepskiego marketu, za to bilet tańszy o 5 zł. Koncerty w pakietach z darmowym posiłkiem. Artyści, którzy jadą ze Szczecina w trójkę na rowerach żeby „zagrać” za 300 zł  to pasjonaci czy - za przeproszeniem - idioci? Gdzie biegnie granica między tym co jeszcze jest kulturą, a  tym co żenującym wyrobem kulturopodobnym?

Skoro tak jest, to może zamknąć to w... , a każdy we własnym zakresie się „odchami”?
Może...

Gdzieś w te dywagacje trzeba jeszcze upchnąć takie fakty:
Na spotkanie sekcji i kół zainteresowań rodziców z instruktorami przyszło tyle ludzi, że sala pękała w szwach. Jeden dziadek szturcha drugiego w bok i mówi „panie, a co tu całe miasto jest?” Nie wszyscy zapisali się, z prozaicznego powodu braku miejsc. Chętnych jest mnóstwo.
Funduszy na pensje dla instruktorów mało. Dzieci które raz przyszły na cykliczną, niedzielną bajkę przychodzą co miesiąc. Młodzi ludzie chcą tańczyć, śpiewać i grać w kabarecie (a podobno tylko grają na kompie i łykają dopalacze:)). Na zajęcia świetlicowe (półkolonie) dla dzieci w mieście lista zapełnia się w dwa dni. Tzw. „kulturalne” wyjazdy do Krakowa zawsze są w pełni „obsadzone” itd..
Pracuję „w kulturze” kilka lat. Ta praca ma sens i jest potrzebna.  Oprócz pieniędzy, trzeba jednak żebyśmy zmienili również swój stosunek do szeroko rozumianej kultury. To jest potrzebne. Jest nam potrzebne coś więcej niż bułka z szynką, żeby człowiek nie był jedynie elementem przyrody. Po przydługim wywodzie zadałam swojemu rozmówcy pytanie, będące z kolei odpowiedzią na jego pytanie, zadane kilka minut wcześniej:

Czy interesuje się repertuarem domu kultury, skoro zarzuca mi, że o niczym nie wie? Czy wchodzi na stronę www, czyta prasę, słucha radia? Nie. Zna za to wszystkie promocje w Saturnie i Kauflandzie z trzech weekendów do tyłu.

W kulturze jak w życiu wiele się zmienia. Wciąż są ludzie , którzy chętnie do nas przychodzą ale chcieliby aby ich zakład pracy dofinansował bilety. Są emeryci, których nie stać na bilety po 40 zł. Są dzieci, które chcą grać na instrumencie, ale nie ma już miejsca w sekcji. Są ludzie około trzydziestki, którzy sami nie wiedzą czego chcą, ale wolą siedzieć w knajpach, bo domy kultury nie są modne. I wreszcie jest młodzież, której trzeba zaproponować ofertę nowoczesną, wykorzystującą nowe media i środki przekazu. Aby ją przyciągnąć nie wystarczą już świecowe kredki i stół do ping-ponga, a wiadomo, że im wcześniej młodzi ludzie do nas przyjdą, tym bardziej  i mocniej szeroko rozumianą kulturą się zarażą!

Na to wszystko potrzeba pieniędzy - zgoda. Ale niebagatelne znaczenie ma  ciekawość świata, otwartość i wyrabianie w sobie ( i naszych dzieciach) nawyku i potrzeby uczestniczenia w czymś więcej, niż kolejna wyprzedaż w Tesco.

Na zakończenie dwie skrajne postawy. Po jednym z festiwali, o 22.00 dzwoni prywatna komórka mojej koleżanki z pracy i  pewna publiczna osoba dziękuje za tak wspaniały przegląd dla młodzieży, za świetną i życzliwą obsługę (to o nas) i pracę z pasją .To dodaje skrzydeł.

Podcina je natomiast pewna pani, która przychodzi na zajęcia plastyczne z dwójką rozbrykanych synów. Chłopcy wcale nie chcą tu być, ale mama mówi tak: „Wie pani, nie wiem gdzie ich dać, a dom mi rozwalają, to przyszłam tu. Za te 10 zł mam ich z głowy, a takie tam rysunki to każdy głupi zrobi. Na plastyce proszę pani to się zna każdy. Ja też” Cóż…
Pocieszam się jedynie myślą, że znająca się na plastyce pani, wbiła się w ostatni krzyk mody -pasiastą tunikę w której  (zgodnie z prawidłami plastyki) wyglądała jak stary bosman!!! :)

Biorąc pod uwagę ciągłe zmniejszanie wydatków na kulturę, zastanawiam się na ile starczy sił, znanym mi z pracy pasjonatom, nim popukają się w głowę i znajda inną pracę aby z pasjonatów nie zmienić się w idiotów i frajerów...

Baśka z Wilków