Nowinki ze świata kultury, aktualności, wydarzenia, fotoreportaże.

Sztuka współczesna kontra harmonijny klasycyzm – słów kilka zaledwie.

Sztuka – zabić czy ocalić dla życia.

Sztuka. Budzi podejrzenia, że nieprawdziwa wśród tych, którzy nie mają ochoty jej doświadczać. Jest jedynym sensem życia, dla takich, których umysły niemal nawiedzone. Kiczem
w końcu, dla spowszedniałych członków gatunku ludzkiego. Zarobkiem dla przebiegłych, zabawą dla posiadających miliony, odkrywaniem zachwycających możliwości umysłu – dla utalentowanych. Jednak trzeba nam systematyzacji, kategoryzacji i klucza w końcu, który pomoże ją choćby trochę nadgryźć. Przegryźć w miejscu, który ukaże sens malowania obrazów i rzeźbienia, a potem zamykania w ciasnych i dusznych salach przesadnie wypolerowanych muzeów.

Obrazy na wagę złota.

Mark Rothko – sprzedany! Zakupił Pan w garniturze, pierwszy od lewej, niepozorny, ze słuchawką telefonu przy uchu podczas licytacji, więc pewnie nie dla siebie. Stał tam przez siedem minut na zlecenie. Kupił. Wyciągnął z kieszeni ponad 77 milionów dolarów. Willem De Kooninig – obraz kobiety, twarz zdeformowana, o kształcie rzekłabym, mocno niestabilnym, kilka zmieszanych kolorów – bez rewelacji, sprzedany 137 milionów. Buntujcie się powszedni obywatele, pracownicy taśmowi, właściciele luksusowych aut – wy znacie wartość drogiego przedmiotu. Tu, od takie sobie – bohomazy.

Lekka tęsknota za klasycyzmem i formalizmem?

Sztuka była niegdyś erudycyjna. Jej rozkodowanie wymagało znajomości symboli. XV wiek, to pojawiające się ślimaki w obrazach przedstawiających Zmartwychwstanie lub groby. Miały swoje miejsce pierwszoplanowe. W tle biblijni bohaterzy, a ślimak dumnie wysunięty na pierwszą pozycję. Z uniesionymi czółkami kroczy przed stopami Maryi Dziewicy. Rola symboliczna jest mu dokładnie przypisana. Rozkodowanie jego niemal boskiej pozycji na płaszczyźnie płótna – wymagało znajomości i nie lada wiedzy. To było dopiero dzieło! Taki ślimak, szklany dzbanek, lustro w tle czy tarcza wojownika – wszystko sensowne i ugruntowane, wpisane w język sztuki. Teraz dla większości takie symbole to niemal hieroglify. Perspektywa dokładnie obliczona, obraz przesadnie geometryczny, proporcje poprawnie zachowane. A dziś zaledwie trzy kolory na płótnie niedbale zaciągniętym na ramy nazwane abstrakcją – sprzedane za miliony.

O sztuce nie pisze się już nic?

Brakowałoby mi jeszcze tylko więcej literatury najnowszej opisującej sztukę, coś w rodzaju Nie widać nic Daniela Arasse. Lekki styl, merytorycznie uzasadniona, z drukowanymi starannie obrazami, jakie stają się książki tej kwintesencją. O takich więcej publikacji postuluję. Może znajdą się także tacy, którzy dość już mają w bibliotekach zamrożonych działów pod tytułem„sztuka”,
w których pozycje najnowsze, to tylko te z roku 1974 lub 1985. O księgarniach niestety nie wspominając, bo tematyka ta wywołuje uśmiech na twarzy Pani Ani, Kasi i Stasi – ekspedientek.

Pozostaw odpowiedź